Pancerne biurko i przewiercona ściana
Około rok temu zakupiłem pierwszą drukarkę 3D w życiu. Na papierze sprzęt pierwsza klasa, kurwa jego mać
. Drukowało to od początku dość średnio, ale po obcowaniu ze starymi konstrukcjami doceniałem nowości w stylu automatycznego poziomowania stołu czy jebanego kurwa podajnika do filamentu. Sprzęt jednak działał z dnia na dzień coraz gorzej, mimo że zrobiłem dla niego absolutnie wszystko.
Zbudowałem własnoręcznie potężny stół warsztatowy, na którym ta machina miała dumnie stać. Trzęsło się to jednak niemiłosiernie przy szybszych ruchach głowicy. W akcie czystej desperacji przyjebałem całą konstrukcję stalowymi kotwami prosto do ściany nośnej, żeby nic nie miało prawa telepać się jak menel na delirze
.
Ściana przenosi teraz wibracje i budzi cały pion swoimi rezonansami, ale blat stoi sztywno jak chuj pasywa, gdy ten znajdzie wreszcie dobrego aktywa na Grindrze
. Przy okazji w trakcie wkręcania potężnego kołka wyjebałem wiertłem dziurę na wylot prosto do pokoju obok. To jednak temat na zupełnie inny wpis.
Dwa milimetry czystego dramatu
Wracając do tej chińskiej kurwa abominacji: każdy producent – czy to Bambu, czy Anycubic, czy nawet kurwa Creality – obiecuje dzisiaj mityczny auto-bed leveling, który rzekomo rozwiązuje wszelkie problemy z pierwszą warstwą. Wciskasz przycisk, głowica napierdala w stół tak wściekle, że zaraz wykurwi dziurę w płycie magnetycznej, a oprogramowanie rzekomo generuje trójwymiarową siatkę kompensacji. W teorii czysta magia, w praktyce ten jebany czujnik tylko maskuje rzeczywisty syf w mechanice.
Gdzie leży problem? W dupie
. W tolerancji oczywiście
. W idealnym świecie różnica poziomów na stole powinna wynosić równe zero milimetrów. W świecie rzeczywistym odchyłka rzędu 0,2 mm to granica tolerancji, którą algorytm bez problemu skompensuje mikroruchami silnika osi pionowej. Pół milimetra to już dramat, ale dobry czujnik może to jeszcze jakoś przemieli.
A ile ja mam? Kurwa jebana mać – równe dwa milimetry! Dwa jebane milimetry krzywizny, i to chyba po czterech dniach ciągłego rzeźbienia i kręcenia śrubami
. Mózg przepalony browarami nie pozwala mi już nawet precyzyjnie liczyć czasu. Mam urlop, żony nie ma, zobowiązań zero, więc zamiast odpoczywać jak normalny człowiek, toczę kurwa wojnę z kawałkiem krzywego aluminium.
Fabryczny soft w trybie debila
Najbardziej w tym wszystkim wkurwia podejście samego Anycubica do klienta
. Fabryczny system nie pokazuje ci absolutnie żadnych użytecznych danych diagnostycznych. Masz tylko ładny, kolorowy ekranik z uśmiechniętą ikonką informującą, że kalibracja kurwa przebiegła pomyślnie. KURWA! Żadnej mapy wysokości, żadnych cyferek, żadnego wglądu w to, jak stół faktycznie leży w przestrzeni trójwymiarowej. Prawdziwa robota po omacku.
Żeby nie zwariować do reszty, wypierdoliłem to fabryczne gówno i wgrałem customowy soft Rinkhals. Dopiero po odblokowaniu normalnego Klippera z webowym interfejsem Mainsail dostałem wreszcie pełny zrzut danych
.
Gdy na ekranie monitora wygenerował się kolorowy wykres siatki stołu, o mało się nie posrałem
. Dopiero wtedy czarno na białym zobaczyłem, jak ta chińska inżynieria próbuje pudrować trupa. Wszystkie wartości poleciały w czerwień i błękit, a wykres wyglądał bardziej jak rzeźba terenu w Tatrach niż płaska powierzchnia robocza.
Trzy osie i chińska geometria
Dla osób nietechnicznych szybkie wyjaśnienie: drukarka porusza się w trzech współrzędnych.
- Oś X odpowiada za ruch wózka z głowicą drukującą w lewo i w prawo.
- Oś Y przesuwa cały stół roboczy w przód oraz w tył.
- Oś Z podnosi całą belkę do góry wraz z nakładaniem kolejnych warstw plastiku.
W teorii te osie muszą tworzyć idealne kąty proste, a płaszczyzna stołu musi leżeć idealnie równolegle do prowadnicy głowicy. W mojej drukarce prawy dolny róg zapada się pod ziemię, jakby ktoś tam odpalił lokalną anomalię grawitacyjną
. Oś X idzie w miarę prosto, po czym z prawej strony nagle nurkuje, a silniki osi Z gubią synchronizację i generują naprężenia na całej ramie.
Rzeźba puszką i stan obecny
Gdy fabryczne śruby regulacyjne osiągnęły swój kres, wjechała polska myśl technologiczna. Rozciąłem nożycami puszkę po piwie, bo blacha ma idealną grubość jednej dziesiątej milimetra, i zacząłem podkładać wycięte podkładki pod aluminiowe tuleje stołu. Kasowałem luzy na mimośrodach, naciągałem paski zębate i rozbierałem prowadnice na czynniki pierwsze.
Efekt tych czterech dni walki? Gówno dalej nie działa, kurwa mać
. Przynajmniej dzięki Rinkhalsowi widzę teraz dokładnie na wykresie, jak bardzo mam zwichrowaną tę maszynę, zamiast wierzyć chińskim animacjom na małym wyświetlaczu. Zamiast równej płaszczyzny mam stół pofalowany jak polskie drogi wojewódzkie, a pierwsza warstwa nadal wygląda jak rozjechany karton.
Siedzę w tym warsztacie, patrzę na tę machinę zniszczenia i powoli kończą mi się pomysły. I co? I otwieram kolejne piwo w czystej kurwa beznadziei
. Jeśli w najbliższych dniach ten sprzęt nie zacznie normalnie nakładać pierwszej warstwy, to spakuję go w karton, wywiozę na złomowisko i wrócę do rzeźbienia obudów nożem do tapet. Pozdrawiam serdecznie wszystkich domorosłych inżynierów!
Komentarze czytelników (Razem: 1)
Czekam na historię dziury w ścianie!😵💫
Dodaj swój komentarz 📝