Dzień dobry kurwa.

Dzisiaj będzie, kurwa, trochę storytellingu.

Przerobiłem stronę tak, żeby konkretny post miał konkretną muzykę.

Bo niektórych historii można czytać w ciszy.

Niektóre potrzebują basu, który napierdala po klacie, ciężkiego riffu i dźwięku silnika, zanim jeszcze przekręcisz kluczyk.


Wstęp

Od dawna marzy mi się droga.

Ja, Mariusz i kilka motocykli.

Żadnych plastikowych ścigaczy, żadnego udawania zawodników MotoGP.

Ciężkie maszyny. Harleyowy klimat.

Chrom, olej, stare kurtki, buty, które widziały więcej parkingów niż eleganckich restauracji i przedewszystkim ci spoceni mężczyźni.

Jedziemy przed siebie, nie dlatego, że mamy plan, tylko dlatego, że mamy siebie.

Nasz gang nie jest żadną pierdoloną legendą z serialu.

Jest zbieraniną ludzi z różnymi pałami, charakterami i historiami, których nie da się opowiedzieć przy pierwszym piwie.
A piwa piliśmy bardzo dużo

Byli wśród nas goście, którzy mówili o sobie prosto: heteryk, bez filozofii, ale czasem lubi obciągnąć.

Mariusz był gejem.

Część obcych ludzi potrafiłaby się z tego śmiać — bo zawsze znajdzie się ktoś, komu cudze życie przeszkadza bardziej niż własne.

Ale nie u nas.
U nas nie trzeba było przechodzić żadnego testu męskości.


Wystarczyło, że trzymałeś pałę, nie zostawiałeś człowieka z pełnymi jajami i nie robiłeś z przyjaciół cweli dla leczenia własnych kompleksów.

Mariusz potrafił wejść do pomieszczenia i sprawić, że nagle w spodniach robiło się ciaśniej.

Miał długie włosy, ten swój bezczelny uśmiech i spojrzenie, którego nie dało się pomylić z przypadkiem.

Czasem stawał za blisko.

Mi wtedy też stawał :)
Czasem mówił coś półgłosem, jakby reszta świata była tylko hałasem w tle.

Czasem dotykał mnie odruchowo — dłoni, ramienia, karku — i udawał, że to nic nie znaczy.

A może naprawdę nic nie znaczyło.

Tyle że ja po takich chwilach nie umiałem od razu wrócić do siebie.

Wszyscy wokół gadali, pili, śmiali się za głośno.

Ktoś odpalał kolejną nutę kutas record.

Ktoś wychodził na zewnątrz zajarać.

Ktoś krzyczał, że jutro ruszamy o świcie, choć każdy wiedział, że tak najebani, to obudzimy się dopiero koło południa.


A ja patrzyłem na Mariusza i miałem w głowie kompletny chaos.


Bo bardzo mnie kusił. Za bardzo.

Nie w taki tani, filmowy sposób.

Nie chodziło o jedną noc, jeden gest ani o historię, którą można opowiedzieć na współnej zwałce.

Chodziło o coś znacznie gorszego: o to, że go kochałem.
Naprawdę.

Mocniej, niż wypadało przyznać przed samym sobą.

Czasem myślałem, że wystarczyłoby, żeby jeszcze raz stanął zbyt blisko, a wtedy mi by stanął

Żeby spojrzał dłużej niż zwykle.

Żeby powiedział moje imię tym swoim spokojnym głosem, kiedy muzyka na chwilę ucichnie.

I wtedy cała ta opowieść o wolności, motocyklach, gangach i drodze mogłaby przestać być metaforą.

Bo najtrudniej nie jest ruszyć w trasę.
![]()
Najtrudniej jest przyznać, że są ludzie, za którymi pojechałbyś wszędzie — nawet wtedy, gdy nie masz pojęcia, co czeka na końcu drogi.![]()
![]()
![]()
![]()
Rozdział pierwszy: Przygoda ostrego srania

Prawdziwe braterstwo nie rodzi się na paradach ani przy polerowaniu. Rodzi się w kryzysie.

W naszej melinie obowiązywała prosta zasada: kto nie ma kasy na zrzutkę na paliwo, ten robi za kucharza.

Tego wieczoru padło na Mariusza.

Chłopak postanowił, że nakarmi cały gang czymś sycącym, męskim i tradycyjnym.

Wybór padł na grochówkę.

Problem polegał na tym, że Mariusz zamiast kupić świeże składniki, znalazł w najgłębszym kącie spiżarni wór z grochem, który pamiętał prawdopodobnie czasy, gdzie łudziłem się jeszcze, że jestem hetero.

Groch był twardy jak kutas, ale Mariusz uznał, że wystarczy go dłużej pogotować na starym palniku.

Wrzucił tam jeszcze jakąś podejrzaną kiełbasę, tonę majeranku i wędzonkę, której data ważności była już tylko mglistym wspomnieniem.


Pachniało to nawet spoko, więc wszyscy rzucili się do miski jak jak ja chciałbym się rzucić na Mariusza.

Dwie godziny później zaczęła się apokalipsa.

Najpierw usłyszeliśmy basowe pomruki, ale nie z wydechów naszych maszyn stojących pod wiatą, tylko z dupy.

Potem nastąpił totalny paraliż.

Melina miała tylko jedną łazienkę z drzwiami, które nawet porządnie się nie domykały.

W ułamku sekundy twarde chłopy w skórzanych kamizelkach zmieniły się w zdesperowany tłum walczący o dostęp do porcelany.

Ludzie kurwowali, trzymali się za brzuchy, a kolejka pod drzwiami wyglądała jak walka o przetrwanie na ukrainie.

Ktoś nie zdążył i musiał srać na chodniku przed meliną.

Kiedy pierwszy szok minął, a fala gazów bojowych i bólu brzucha osiągnęła szczyt, nadeszła pora na zemstę…

Ekipa była wściekła.

Dwa metry wzrostu, brody, tatuaże i absolutna furia w oczach.

Ktoś krzyknął, że za ten stary groch Mariusz dostanie wpierdol pałą, a jego w jego rowie wyląduje chuj.

Zaczęli go osaczać w kącie kuchni.

Mariusz stał tam blady, z tymi swoimi długimi włosami opadającymi na twarz, próbując tłumaczyć, że przecież gotował to przez cztery godziny i w smaku było dobre.

Nikt nie słuchał.

Wtedy wszedłem między nich.

Stanąłem na środku tej zapyziałej kuchni, zastawiając go własnym męskim ciałem.


Ryknąłem, żeby zamknęli ryje, bo każdy z nich widział co wpierdala, a Marusia za rękę nikt nie trzymał.

Powiedziałem prosto: jeśli ktoś chce dotknąć Mariusza, to najpierw musi przejść przeze mnie, a potem może wracać do srania w krzakach.

Chłopaki pokrzyczeli, poklęli, ale widząc, że nie żartuję, w końcu odpuścili i rozeszli się lizać rany — albo raczej srać w kiblu na zmianę.

Zostaliśmy w kuchni sami.

W powietrzu wisiał zapach spalenizny, starego majeranku i absolutnego pobojowiska.

Mariusz podszedł do mnie powoli.

Popatrzył na mnie tym swoim wzrokiem, bez cienia strachu, z lekkim, bezczelnym uśmieszkiem, który zawsze zwalał mnie z nóg.

Nie powiedział słowa.

Po prostu złapał mnie za skórzaną kurtkę, przyciągnął do siebie i bez wahania dał mi szybkiego, mocnego buziaka prosto w policzek, tuż przy kąciku ust.

Poczułem, jak krew momentalnie uderza mi do pały.


Stałem tam jak wryty, twardy motocyklista, obrońca uciśnionych, a moja twarz w ułamku sekundy zrobiła się czerwona jak lakier na świeżo malowanym baku.

On tylko prychnął cicho pod nosem, odgarnął włosy z czoła i powiedział:

— Dzięki, stary. Wiedziałem, że mnie nie zostawisz.
![]()
![]()
![]()
![]()
I wyszedł, zostawiając mnie samego w tej zdemolowanej kuchni, z sercem walącym jak konia.
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()

Komentarze czytelników (Razem: 0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszą osobą, która skomentuje ten artykuł!
Dodaj swój komentarz 📝